"Lem pisał Powrót z gwiazd w roku 1960 - nie tylko przed lotami Apolla, ale nawet przez Gagarinem. W roku 1960 za oczywistość uważano to, że ludzkość po wystrzeleniu w kosmos pierwszych satelitów zabierze się w końcu do lotów załogowych, najpierw na najbliższe ciała niebieskie, a potem dalej - ku gwiazdom. Kiedy piszę te słowa w roku 2001, za oczywistość uważa się już co innego - że kosmos interesuje nas tylko jako miejsce dla satelitów meteorologicznych i telewizyjnych. Nie wiadomo, czy podatnicy rozwiniętych krajów demokratycznych będą gotowi sfinansować lot na Marsa czy w ogóle jakikolwiek załogowy lot poza ziemską orbitę. Nie chcemy wyprawy do Fomalhaut, chcemy mieć satelitarną telewizję i meteorologię. Niewykluczone, że Apollo XVII okaże się ostatnim załogowym statkiem, jaki opuścił planetę Ziemia."

— Wojciech Orliński, “Słownik terminów Lemowskich” — Betryzacja (via time-loop)

Tags: lem tekst cytat

Something like year.

verpepper:

City of dreams, perspectives, rich cultural life, full of potential, fascinating places, colorful people, city to give hope.
City of despair, frustration, filth and stink, solitude, loneliness, too big to know, too small to hide, city of fear, unstable and nervous.
So there are those ~angles~.

Rok minął od zakotwiczenia w stolicy. W tym czasie zdążyłam wyprowadzić się na dobre z domu, oprzeć kuszeniu wygodnym życiem, pomieszkać w dwóch miejscach zanim znalazłam to trzecie i trochę dorosnąć. I jeszcze znaleźć pracę. Uspokoić, wyciszyć sporo agresji, trochę rozluźnić, wziąć za siebie pełną odpowiedzialność, stuprocentowo usamodzielnić.
Nie wydarzyło się nic wielkiego, nic z high hopes & great expectations, niewiele z black holes & revelations. Nic z tych rzeczy największego kalibru. Tęsknota za decisive moments jest żywa i puchnie. Jednak jeśli wziąć pod lupę tych kilkanaście miesięcy, zmieniło się całkiem sporo.

Dom. To takie oswojone miejsce na ziemi, które lepię pod siebie; jest coraz zgrabniej dopasowany. Problem jest taki, że podświadomość zakodowała inne miejsce i zdarzają się historie kuriozalne. Jak np. ta z któregoś zbyt długo w noc przeciągających się wieczorów: złapałam się na tym, że w egipskich ciemnościach naszej mikro-kuchni poczułam zdziwienie i oburzenie, że po otworzeniu szafki z koszem nie zapala się światło. ??? Aa… nie, dobra, tak mam w szafie z ciuchami.

Straciłam kondycję i zmiękłam. Fizycznie mało mi dolega - czasem zmęczenie, te oczy, łamiący się kręgosłup i alergia. To do nadrobienia: będę jedną z tych osób, które nie są aktywne spontanicznie, ale chodzą na fitness, siłownię, squash, tenisa, basen czy inną ścianę wspinaczkową o wyznaczonej godzinie, w wyznaczonym dniu. Za to hipochondria duszy atakuje jak tsunami i bardzo spontanicznie.

Nastąpiła wolta nawyków. Przyjrzyjmy się: dzień w pracy w dżinsach; dzika żądza posprzątania i pomalowania komórki ogrodniczej - i może jeszcze garażu. Radocha, że w ciągu pięciu minut od wstania mogę deptać trawę na polach z psem hasającym nieopodal. Jaka to radosna nowina – umiem się cieszyć z małych rzeczy! Inaczej - zawsze umiałam. A może to powinien być smutek i żal, że teraz przyjemność znajduję w czymś, co miałam kiedyś na co dzień i co mnie nudziło.
Wniosek: Wszędzie dobrze tam, gdzie nas nie ma. Czy jakoś tak.

Książki! Czytam, kupuję, maniakalnie zwiedzam allegro i księgarnie internetowe, kocham wąchać farbę drukarską w empikach i wyszukiwać najprzyjemniejsze dla oka i palców wydania. Przełom, boże jak mi tego było trzeba… Moment, w którym szarpanie zmieniło się w cierpliwą celebrację, był oczyszczający. Dostałam wiersze zebrane Wojaczka i przyznaję, że czuję się lepsza.

Muzyka. Znowu Iron Maiden. Recoil, Dougan, Police, Sinatra. Ścieżki dźwiękowe. Downtempo, ambient i triphop - rok-dwa temu nie do wyobrażenia. Teraz zastanawiam się, na jaką cholerę potrzebne mi były do tego jeszcze albumy nastoletnich wychudzonych dziecinnie kolesi z pedalskimi fryzurami, w obcisłych dżinach, białych trampkach, usiłujących podrywać otłuszczone małolaty z gwoździami w języku, czerni na powiekach i tandetnych tribalach wyrzeźbionych na nerach – mowa o pamiętnej fascynacji indie rockiem, który w ciągu kilku miesięcy poleciał poziomem na łeb, a z którego pozostał silny jak nigdy Muse, nocny Kasabian i kilka niedobitków sentymentalnych (przyznaję szczerze – nieprzesadzających ambicjonalnie). Pitolenie na gitarach, walenie w gary i garażowe lo-fi było konieczne do docenienia m u z y k i .

W pracy mnóstwo nauki i rozwoju przeplatanych okresami bezbrzeżnej nudy. Olbrzymie pole do obserwacji. Wybrzytwiłam się w kryptologii niby przypadkowych zachowań, ukradkowych spojrzeń, znaczących min i półsłówek, którymi ludzie posługują się nieświadomie, świadomie z chęcią ich ukrycia oraz świadomie i otwarcie. Pole manewru do negocjacji, manipulacji, opanowania, budowania pewności siebie. Czasem nazbyt pewna siebie, pozbawiona pokory, z zarozumiałym założeniem, że wiem. Tym większy to błąd, tym większa pretensja do siebie później, bo jak się spieprzy to na moje osobiste, jasno wyrażone życzenie. Czas pogardy i wilczej zamieci musi nadejść – czekam przygotowana.
Dowiedziałam się również, że mam zawyżone wymagania motywacyjne (nie mylić z lenistwem) oraz że przestrzegając ściśle zasad etykiety wyjdziesz z przyjęcia trzeźwy, głodny i wkurwiony.

Pojawiły się słowa. A właściwie: nadmiar wyrazów tworzących niespójną, niezrozumiałą całość. Nadideologia frazeologii. Zbyt dużo beztreści w formie pozornie prostej. Myślę za dużo, a uspokojenie zastępuje entuzjazm i wybuchową wesołość.

Wszystko to niezbędnie konieczne do ewoluowania. Kiedy ono się skończy? Nigdy. Kiedy dojdę do momentu, w którym będę mogła bez ciśnień odpuścić sobie narzuconą konieczność perfekcji i polegania na ideałach, na skończonych produktach wyobraźni odkładanych w oddalającą się przyszłość - na rzecz budowania większego z mniejszych, stąpania drobnymi krokami w zwykłych butach po krętej drodze?

Paradoks: jestem silniejsza i odporniejsza niż kiedykolwiek, ale też łatwiej niż kiedykolwiek mogę pozwolić się dotknąć.
Rozciągam się w czasie, jestem w wielu miejscach naraz, które oplatają mnie, a czas się stapia, zlewa. Jest bezwzględnie względny, szybszy niż dźwięk i wolniejszy niż topniejący lodowiec. Umiem być ciszą. Nie czuję potrzeby dzielenia się z wszystkimi ludźmi najintymniejszymi myślami, każdymi myślami. Czuję chęć podzielenia się częścią z nich z wybranymi osobami. Czasem.

Tags: tekst text

Bloodsport - 1988

rzepka:

Ponizej moja relacja z filmu na zywo - z Twitterka, ale jakos slabo sie zaktualizowalo, wiec wklejam jako notke.

czytac od dolu :P

  • Ocena: 10/10 dla dziesieciolatka, 3/10 dla trzydziestolatka. Minus pol punktu za fatalna muzyke i kliszowe postacie. Ale warto bylo :D
  • VanDam wygral ofkors, tamten oszukiwal, ale powiedzial “mate” na koncu i over. Wizyta w szpitalu u kumpla, pozegnanie z lachonem. Over
  • FINAL!!!
  • lachonik chcial podpierdzielic Vandama policji ab nie walczyl, ale on uciekl, wbiegl na scene i po minucie walki jest w finale
  • Vandam trenuje przed finalem, martwi sie o kumpla. notabene, tylko w filmach klasy Z kolesie sa friendami forever po 5 minutach filmu
  • from now on its personal, Chong Li pomietosil kumpla i on lezy w szpitalu Ciekawe czy lachon bedzie pocieszal VanDama
  • score :) Van Damme i lejdi mieli nocke :). Ciesze sie jak 20 lat temu
  • a frank 12 sekund i ma rekord tez :)
  • i Chong Li po raz pierwszy - jego rozgrzewka to dmuchniecie noskiem. Potem w 14 sekund kiluje goscia - world record :D
  • o jest blond bejbe - jak dobrze pamietam to ona bedzie potem kobieta VanDamme
  • pierwsze 5 minut - aktorstwo jest koszmarne, nawet jak na niski poziom oczekiwan :D

aleją gwiazd

postblog:

wiersze w metrze: odsunąć/ teraźniejszość jak zasłonkę

ciemno, biegnę mokotowem na wizytę, spotykam kolegę - wypachniony, ślicznie ubrany spieszy na jakieś spotkanie.

- piękna, milion baksów!

bo on zawsze taki dla mnie miły. tłumaczę że przemokłam i mam na sobie ciuchy naszych prezenterek o rozmiar za duże. i srebrne buty które od zimy leżały w szafie w robocie.

- no rzeczywiście te buty najmniej…

xD

- czytam pani artykuły - mówi, wypisując receptę.

siedzę na łóżku, rozmawiam z mag. czekam… słucham

Tags: wiersze tekst

"tekst jest piknikiem, na który autor przynosi słowa, czytelnicy zaś sens"

konw1a

"W książce „ Dzieło otwarte” z 1962 r. Eco opowiedział się za aktywną rolą interpretatora w odczytywaniu tekstów mających wartość estetyczną. Badał dialektyczny stosunek zachodzący między prawami tekstów i prawami ich interpretatorów. Teraz jednak odnosi wrażenie, że ostatnio kładzie się nadmierny nacisk na prawa interpretatorów"

konw1a